Wspomnień czar: pierwszy dogtrekking

Mija właśnie rok od czasu, kiedy okryłam, że tuż pod moim nosem organizowane są zawody dogtrekkingowe. Stronę organizatora dogtrekking.com.pl przeczytałam kilka razy i pomyślałam: tak! To jest coś dla nas! Długi spacer, zapach lasu, kałuże, błoto, psy i brak specjalnych wymagań i wiedzy – brzmiało zachęcająco. Dobrych kilka godzin spędziłam na czytaniu działu ABC DOGTREKKERA, oglądaniu relacji z dotychczasowych zawodów, czytaniu forum. Gdy już upewniłam się, że wystarczy założyć dobre buty, zabrać kompas i kogoś, kto umie się nim posługiwać oraz kupić psu szelki i but, zgłosiliśmy swój udział. Do wyboru mieliśmy 3 długości trasy: MINI 15km,MID 24km i LONG 42km. Zuchwale, po przeczytaniu, że każdy zdrowy człowiek może przejść trasę ok 20km, wybraliśmy MID na nasz debiut.

Dni mijały, dotarły zamówione szelki z motywem wilka i czerwonego kapturka, smycz z amortyzatorem no i but. Dzień przed zawodami zapakowaliśmy wszystko w plecak wraz z kompletem kanapek  zrobionych standardowo przez Mojego. Plan był taki: idziemy sobie, pełen luz i rekreacja, w razie czego mamy na oku innych zawodników, znajdujemy wszystkie punkty kontrolne i z nawigacją nie mamy problemu. Taaa. Do Złotego Stoku dojechaliśmy w godzinkę, odnaleźliśmy miejsce startu i udaliśmy się na odprawę weterynaryjną. Oczekując na pozostałych zawodników Bohun zażywał kąpieli w strumyku, a nas ogarniało przeczucie, że porwaliśmy się z motyką na słońce. Obserwowanie wysportowanych uczestników w profesjonalnych strojach i butach i ich psów głownie zaprzęgowych nasuwało jedno: dla nas paralitów kręgosłupowych, siedzących więcej niż 8 godzin dziennie i nie uprawiających żadnych sportów to będzie paradogtrekking. No nic, słowo się rzekło, na 24km się zapisało. 8.50 odprawa zawodników MID. Dostaliśmy mapy, Mój ogarnia trasę, ja notuję wskazówki organizatorów, które toną w hałasie podekscytowanych psów. Wystartowaliśmy. Pierwsze podejście pod górę ciągnie się niemiłosiernie. Choć Bohun szedł przodem i wspomagał mnie ciągnąc na lince, to po paruset metrach czuję, że nogi mi wymiękają. Pierwszy punkt odnajdujemy grupowo, odpisujemy hasło na karcie i ruszamy dalej. Nie wiedzieć kiedy zostajemy na samym końcu. I tu już hardcore. Po zbłądzeniu po raz któryś przeszedł nam początkowy zapał i nawet słońce zaszło. Zrobiło się ciemno i ponuro i taka atmosfera wisiała między naszą drużyną. Jakoś dotarliśmy do punktu trzeciego, który znajdował się na szczycie góry. Tam też spotkaliśmy jedną z uczestniczek i tak już razem błądziliśmy. Oj tak, wiele ścieżek zbadaliśmy, wiele razy się wracaliśmy i rozdzielaliśmy. Dotarliśmy do miejsca, w którym na mapie i w rzeczywistości  kończyły się szlaki i tak sobie zwiedzaliśmy okolicę pomiędzy przewalonymi drzewami jednocześnie wspinając się na szczyt następnej górki. Dodam, że cały czas wypatrywaliśmy innych zawodników lub choć śladów psich łap na ścieżkach, ale nic z tego. Zasapani dotarliśmy na szczyt, a tam zawodnik! Błądzi, ale jest 🙂 Z wywiadu udało nam się ustalić, że ów zawodnik też debiutuje, a jego partnerka własnie zdobyła mistrzostwo…tyle udało mu się ustalić po wykonaniu ostatniego telefonu zanim ten się rozładował. Co więcej partnerka poradziła mu, żeby nie brał nic do jedzenia, bo szybko przejdzie trasę i się nie opłaca dźwigać (he he). Tak więc ruszyliśmy naszą wesołą ekipą wzbogaconą o nowego uczestnika w dalszą podróż. W międzyczasie wyszło słońce, a nam mimo zmęczenia i bezradności w nawigacji, powrócił dobry humor i uczucie przeżywania przygody. Bohun był w psim niebie. Jak zawsze kiedy jest na dworze i z nami. Zapaszki, błotko, kałuże, a do tego dają psi pasztet, saszetki i ciasteczka. No bo jak to tak, ludzie wyciągają kanapki i batony, a psu nie dadzą? Także każdy w przerwie zajadał „posiłek regeneracyjny”, my dodatkowo omawiając plan dostania się gdziekolwiek, gdzie cywilizacja może istnieć, a psy ucinając sobie kilkuminutowe drzemki w cieniu. Po 8 godzinach w trasie górskiej, pokonaniu według pedometra (i bólu nóg) 20km dotarliśmy do punktu kontrolnego nr 6 i według mapy byliśmy ledwie lekko ponad w połowie drogi do mety…Uznaliśmy, że w tej sytuacji lepiej będzie schować dumę do kieszeni i zadzwoniliśmy do organizatorów z prośbą o zwiezienie z trasy, bo taką cudowną możliwość zapewniali. Przyjechał po na organizator Paweł swoim Jeepem Grand Cherokee, więc dodatkową atrakcją była przejażdżka takim „amerykanckim” wozem 🙂 Paweł nasze narzekania co do trudności trasy i niegodności mapy z rzeczywistością skwitował, że to są przecież MISTRZOSTWA i za łatwo być nie może. Jakoś nam to umknęło przy zapisach. Niestety nasz pierwszy dogtrekking nie zakończył się przebiegnięciem pod dmuchaną bramą, nie dostaliśmy dyplomu ukończenia trasy, ale za to w pakiecie startowym organizator zapewnił grochówkę z pajdą chleba. Po powrocie do domu, ja wyłam z bólu nóg, Bohun zjadł obiad, a Mój stwierdził, że nigdy więcej. „To się jeszcze okaże” – pomyślałam, a Bohun, głowę bym dała, że telepatycznie przytaknął mi w duchu. Następne zawody, tym razem Gold-Dogtrekking odbyły się we wrześniu w okolicach Złotoryi. Zgodnie z zapowiedzią Mojego, wystartowałam z Bohuniałkiem sama asekuracyjnie na dystansie MINI. Trasę ukończyliśmy na ostatnim miejscu, więc progres, poznałam fajnych ludzi, z którymi tą trasę przeszłam, a dodatkowo wygrałam w losowaniu bon o wartości 50zł na produkty Man Mata. Taka historia.

A już w najbliższą sobotę tj. 24 maja wyruszymy znów do Złotego Stoku, tym razem na trasę o długości 16km zawalczyć o przebiegnięcie przez metę, lepszą formę i ból nóg. No ale czego się nie robi dla własnego Burka 🙂

Tuż przed startem

Tuż przed startem

Przekąska od sponsora

Przekąska od sponsora

 

Odpoczynek na trasie

Odpoczynek na trasie

 

Idziemy

Idziemy

 

W poszukiwaniu cywilizacji

W poszukiwaniu cywilizacji

 

Tak, to jest woda ze skoszoną trawą :)

Tak, to jest woda ze skoszoną trawą 🙂

Reklamy

15 thoughts on “Wspomnień czar: pierwszy dogtrekking

  1. Powodzenia w sobotę! 🙂 Tak to już jest z dogtrekkkingami, zaczyna się od ostatniego miejsca, błądzenia na trasie, bolących nóg itp. a mimo wszystko człowiek chce zrobić to znowu 😉 Ja po ostatnim do teraz mam problem z kolanem, ale nie żałuję i na pewno wybiorę się na kolejne zawody. Póki co startujemy w trasach mini lub family, bo jednak te 15 km to jest max dla mnie 🙂

    1. Coś w tym jest 🙂 te 20 parę kilometrów to zdecydowanie za dużo dla kogoś kto siedzi za biurkiem,a z psem nie lata codziennie na kilkukilometrowe spacery, a do tego słabo odczytuje mapę 😉 Ostatnio na dogtrekkingu w Myśliborzu startowaliśmy na 12km i jakoś tak łatwo poszło i szybko się skończyło.Teraz do Złotego Stoku wybieramy się na MINI 16km i to chyba będzie optymalnie 🙂 My też paralitycy, ale radość burka no nie do przecenienia 🙂

      1. Oj tak, piesuchy są bardzo radośnie wyczerpane po takim dogtrekkingu 🙂 U nas później są dwa dni spokoju 😉 Będę za was trzymać kciuki i czekać na relację z zawodów!

      2. Dokładnie, akurat niedziela jest spokój, nikt się nie rusza za bardzo 😉 U Bohuna jeszcze jeden jest ewenement – na co dzień nie przepada za psami północy,ale już na dogtrekkingu, gdzie ok 90% to właśnie malamuty i husky to nagle są to najlepsi kumple do zabawy, humorek i w ogóle bajka 😉 Dzięki! Będzie relacja i lepsze zdjęcia.

      3. A widzisz, Czara też nie lubi haszczaków (nad czym ubolewam, mój poprzedni pies to husky i niestety niezbyt się lubią, więc wizyty u Mamy z moim psem odpadają). Widać w trakcie dogtrekkingów psie kontakty rządzą się innymi prawami 🙂

      4. No średnio, haszczak ma 11 lat, a nasza jest młoda i chce świrować, gonić go po mieszkaniu itp 🙂 Szczeka głośno, żeby go zaczepić. Lepiej jest na otwartej przestrzeni.

      5. No tak, młoda by sobie pobrykała. My jak jeździmy do moich rodziców do Maksia, który już jest głuchy jak pień, to jest tylko problem jak Bohun sobie leży, a Maksiu podejdzie powąchać, Bohun kulturalnie warczy „spadaj stąd”, a Maksiu nie słyszy i za słabo widzi, żeby dostrzec zmarszczki na faflach 😀 No i trzeba pilnować. Jakieś dwa lata temu jak przyjechał do nas Maksiu na ferie, a Bohun był jeszcze wrednym dziadem, to mu się oberwało od kłapnięcia Bohuna i chodził w kołnierzu, ale o dziwo po dwóch dniach bawili się jak starzy znajomi, zero zazdrości 🙂 no ale jak teraz spotykają się raz na dwa miesiące to Maksiu udaje szczeniaka (a ma 16 lat) z radości, a Bohun udaje, że go nie zna 😉

  2. My właśnie ze względu na radość jaką dog trekking na pewno przyniesie rudej zamierzamy zacząć startować (tj. na razie pan, bo pańcia kontuzjowana). Na pierwszy raz chciałabym tylko, żeby udało się ukończyć trasę 😉

    Swoją drogą, co jest z tymi facetami, że jak się im od razu nie uda to foch? 😉

    1. Też mieliśmy plan ukończyć trasę 😉 no wstyd jak nie wiem, ale teraz jak o tym myślimy to na debiut wyszła nam niezła historia-jest co wspominać 🙂 Foch bo bolą mnie plecy/nogi/nie wyspałem się, foch bo inni są w lepszej kondycji, foch że nie wiem gdzie jestem 😀

  3. Cześć, bardzo się cieszę, że trafiłam na Waszego bloga, a wszystko przez komentarz o Złotym Stoku zostawiony na blogu Trent z seterem. Byłam ciekawa relacji ze Złotego Stoku, ponieważ sami bierzemy udział w takich imprezach, również tego samego organizatora:) Niestety Złoty Stok trochę od nas daleko, ale w tym roku w kwietniu odwiedziliśmy Jerzmanowice. Jest nawet na naszym blogu relacja jeśli jesteście ciekawi:) Może kiedyś Was zobaczymy na jakiejś imprezie, wybieracie się może do Wisły? Pozdrawiam:)

    1. Witam serdecznie na blogu 🙂 Właśnie zabieram się za relację z „wczorajszego” Złotego Stoku 🙂 a co do Jerzmanowic to dokładnie mamy tak samo – trochę za daleko, ale Wisły to już nie chcemy odpuścić, także jeśli nic ważnego nie wypadnie, to przyjedziemy 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s