Złoty Stok po raz drugi – o tym jak przebiegliśmy pod dmuchaną bramą i zanim to się stało

Rok po naszej sromotnej porażce wróciliśmy do Złotego Stoku by wreszcie przebiec pod dmuchaną bramą na mecie. Tym razem mieliśmy wszystko co trzeba, czyli standardowe wyposażenie psa i człowieka plus kanapki i ciuchy w aucie na przebranie. Z domu wyruszyliśmy prawie skoro świt, czyli o 7.20. Dotarliśmy ok 8.40 i mieliśmy jeszcze sporo czasu do startu. Pokazaliśmy się wraz ze szczepieniem weterynarzowi i organizatorom, odebraliśmy pakiet startowy i poszliśmy na stragany sponsorów. Bohun dostał nawet chustkę Merrella i jak większość psów paradował w niej na szyi. Oczekując na odprawę techniczną przechadzaliśmy się po skalisku. Ja w międzyczasie 3 razy zmieniałam spodnie z krótkich na długie i odwrotnie jak typowa baba, ale swoje niezdecydowanie argumentuję wysoką temperaturą i ciemnymi chmurami nad nami, ogólnie mówiąc według prognoz mieliśmy nie wyjść z tego sucho. Mój w tym czasie naprawiał sobie kręgosłup, a Bohuniałke moczył podwozie w stumyczku pod skaliskiem i integrował się z otoczeniem przy czym jak zwykle był w świetnym humorze. 10 minut przed startem wszyscy zawodnicy zebrali się wokół organizatora, który omawiał trasę. Mój przyglądał się mapie, a Bohun i ja udawaliśmy, że chociaż próbujemy 😉 Wybiła godzina 10. 3…2…1…iiiii ruszyliii! Zawodowcy ruszyli naprzód a amatorzy z nimi. Muszę przyznać, że coraz częściej myślę, że po prostu opóźniamy Bohuna swoim brakiem formy. Ten ciągnął do przodu jak syberian, a nie kundel. Standardowo dość szybko zostaliśmy na szarym końcu, ale za to w towarzystwie Michała i jego suczki mix collie i owczarka niemieckiego. Maszerowaliśmy dzielnie dając z siebie wszystko. Tym razem nie było ciężkiej atmosfery ani dramatycznych chwil zbłądzenia. Raz nawet poszliśmy skrótem wchodząc na Jawornik w poszukiwaniu PK3! I tym sposobem wyprzedziliśmy cześć zawodników z naszej kategorii, którzy wybrali okrężną drogę. Oj był ciężko, pot się lał, deszcz z resztą też, a do tego upał i podejście od samego początku. Zasapani dotarliśmy do wieży widokowej, gdzie odpisaliśmy hasło i zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć. Od tego momentu było już z górki. Dosłownie. W wyśmienitych humorach, wciąż w towarzystwie, zbiegaliśmy do punktu 4, ale nie tylko dla samego hasła…to był pierwszy dogtrekking, gdzie na trasie czekał na nas bufet! A tam pomarańcze, ciastka, banany, woda i chłopak z perforatorem. Zrobiliśmy sobie chwilę przerwy, Bohun oczywiście dostał standardowo psi pasztet, który zjadł ze smakiem. Według mapy zostały nam dwa punkty kontrolne do zaliczenia i prosta jak drut droga szlakami. Wszystko pięknie, ale tak nam się rozmowa kleiła z nieznajomym, że nawet nie zauważyliśmy kiedy nasz żółty szlak odbija w prawo w las. Po kilkuset metrach dopiero zorientowaliśmy się, że coś tu jest nie tak i zawróciliśmy na właściwą drogę. Chciałabym napisać coś więcej o Bohunie podczas trasy, ale on po prostu zachowywał się idealnie. Ciągnął do przodu, był wesoły, miły do spotykanych psów i widać, że szczęśliwy na wycieczce, a do tego wszędzie były kałuże (chyba nie muszę dodawać do czego służą kałuże). Czego chcieć więcej? Tym sposobem dotarliśmy do ostatniego już punktu 6. Odpisaliśmy ostatnie hasło z kolekcji nazw przypraw i zorientowaliśmy się, że jesteśmy kilkadziesiąt metrów nad skaliskiem! Meta tuż pod nami, a grupa zawodników właśnie nas dogoniła. Mieliśmy do wyboru albo zbiegnąć stromym zejściem i biec do mety, albo zdecydować się na okrężną opcję. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zaryzykowali. Rzuciliśmy się stromo w dół i uwierzcie mi, cudem wciąż mamy kompletne uzębienie i ani jednej rany. No po jednym pęcherzu na stopie, ale to się nie liczy. Szaleńczy bieg w dół i zatrzymywanie się na drzewach będziemy pewnie jeszcze długo wspominać. Bohun standardowo idealnie – mówię „powoli”, a on zamiast ciągnąc czeka aż złapię równowagę. Swoją drogą, czemu kiedy rzuca się na spacerze na smyczy na inne psy nie jest taki mądry? W końcu dotarliśmy na dół i to że biegliśmy razem z naszym towarzyszem równo do mety było tak naturalne jak jogurt Bakoma. Biegniemy co sił, a w oddali widzę, że wszędzie jakoś tak pusto. Organizatorzy wyskoczyli tylko po drugiej stronie mety i robili zdjęcia. Tego nie da się opisać. Udało nam się przebiec pod tą dmuchaną bramą i cieszyliśmy się z tego jak dzieci. Dowiedzieliśmy się też, że czas 3:21 daje nam 4 miejsce i jesteśmy stratni do 3 miejsca o 7 minut. Ale nie można mieć wszystkiego na raz i jest o co walczyć następnym razem.  Żeby nie zanudzać dodam, że spędziliśmy kilka godzin nad strumyczkiem w przesympatycznym towarzystwie Michała, Kasi, Pawła i ich psiaków w oczekiwaniu na rozdanie dyplomów. Na sam koniec uciekając przed ulewą zapakowaliśmy się do auta, a nasz czworonóg zasnął zmęczony, ale szczęśliwy w bagażniku. Podsumowując, przeżyliśmy ponownie wspaniałą przygodą, mniej dramatyczną niż ostatnio. Nawet uznaliśmy, że te 16km minęło jakoś tak szybko, zdecydowanie za szybko. Może następnym razem jednak wybierzemy MID? Następne zawody dopiero za dwa miesiące, więc mamy sporo czasu na przemyślenia. Tych którzy mają jeszcze siłę zapraszam do obejrzenia fotorelacji.

Skalisko

Skalisko

SAMSUNG CSC

Bohuniałke

SAMSUNG CSC

Tak..Mój prawie leżał na wodzie robiąc to zdjęcie

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

Bohun ogarnia wskazówki organizatora

SAMSUNG CSC

i mapę

SAMSUNG CSC

Na trasie

SAMSUNG CSC

Widok z Jawornika

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

Wieża widokowa na Jaworniku. Pod wieżą można było uzupełnić zapasy wody

SAMSUNG CSC

Na trasie

SAMSUNG CSC

Bufet

SAMSUNG CSC

Bufetu ciąg dalszy

SAMSUNG CSC

Meta :)

Meta 🙂

SAMSUNG CSC

Posiłek regeneracyjny

SAMSUNG CSC

W wolnym czasie eksplorowaliśmy skalisko

SAMSUNG CSC

a Bohun odpoczywał

SAMSUNG CSC

 

Reklamy

5 thoughts on “Złoty Stok po raz drugi – o tym jak przebiegliśmy pod dmuchaną bramą i zanim to się stało

  1. Wow, gratuluję. Taki czas i 4. miejsce to naprawdę duży sukces. Trochę treningów kondycyjnych przez kolejne 2 miesiące i możecie atakować podium. 🙂
    Bohun uroczo wygląda w chustce.

  2. Super relacja, żałuję, że my się nie wybraliśmy. My się już nie zatrzymujemy w przydrożnych bufetach, zbieramy hasło i idziemy dalej, zawsze w ten sposób coś nadgonimy:) A jesli chodzi o tą datę Wisły to chyba się pomylili, bo wychodziło by na to że to jest we wtorek. Chyba źle wpisali, jak nie poprawią to trzeba będzie dać im znać, bo chyba nie wymyślili zawodów w środku tygodnia?;p

    1. No to chyba jednak październik, jest jeszcze sporo czasu na wyjaśnienia 😉 a bufetu nie mogliśmy pominąć, bo rok temu u tego organizatora nie udało nam się dotrzeć do paśnika, więc musieliśmy sprawdzić co dają 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s